Nie byłam pewna, czy w ogóle pisać o tej książce, ale skoro postanowiłam zrobić kolejne podejście do tworzenia bloga i traktować go jako notatnik, postanowiłam, że napiszę. Nawet jeśli miałaby to być krótka notka tylko dla mnie. Jednocześnie oczywiście nie zabraniam Wam tego czytać - enjoy.
O "Yellowface" było swego czasu dosyć głośno, a sama okładka zwraca uwagę swoim minimalizmem. Nie byłam jednak świadoma, że tę książkę wydała Fabryka Słów; myślałam, że wydawnictwo zajmuje się jedynie fantastyką. Rozumiem jednak, że po sukcesie "Trylogii Wojen Makowych", wydawca chciał przedstawić czytelnikom inne pozycje tej autorki.
Główną bohaterką powieści "Yellowface" jest June Hayward - młoda, aspirująca powieściopisarka, która nie zdobyła jeszcze rozgłosu, którego pragnie. Przyjaźni się jednak z inną autorką, Atheną Liu, który ten sukces osiągnęła. Pewnego wieczora w wyniku nieszczęśliwego wypadku Athena umiera, a June... kradnie jej manuskrypt. I wtedy wszystko się zaczyna.
Przez całą książkę czytelnikowi towarzyszy frustracja, która z czasem tylko się pogłębia. Postać June napisana jest w taki sposób, aby niemożliwym było jej polubienie. Nakreślone sytuacje, pokazane, aby ją nieco wybielić, zrozumieć jej działania i motywacje, na mnie nie zadziałały. Wręcz przeciwnie - w moim rozumieniu z czasem June gubi się jeszcze bardziej, idzie w zaparte i sobie nie pomaga.
Wielokrotnie podczas lektury wręcz krzyczałam w myślach "idź w końcu na terapię!", a kiedy w książce padła informacja, że bohaterka na terapię uczęszczała, trudno mi było uwierzyć w to, że jej obsesyjne porównywanie się do innych (które moim zdaniem było źródłem jej wszystkich problemów) nie zostało na tej terapii przepracowane.
Między zazdrością a chorą zawiścią jest cienka kreska, linia, której główna bohaterka nie przekracza. Ona wparowuje z butami i tam już pozostaje. Pod wpływem tego silnego uczucia okrada Athenę dwukrotnie. Czy zrobiła to trzeci raz, przywłaszczając element jej kultury?
Myślę, że o samym zjawisku przywłaszczenia kulturowego wiem za mało, aby móc się wypowiedzieć. Trudno mi powiedzieć czy osoba pisząca o zjawiskach, zbrodniach mających miejsce w innej kulturze, tę kulturę przywłaszcza. Na pewno nie fair było posługiwanie się pseudonimem, który miał wskazywać na przynależność do grupy ludzi, o których pisała. Przyznam, że czytając jej wyjaśnienia, że to wcale nie tak, aż skakało mi ciśnienie.
W sieci można znaleźć informacje o tym, że "Yellowface" pokazuje kulisy pracy w wydawnictwie. Dla mnie jest to przede wszystkim książka opowiadająca o kradzieży intelektualnej i karmie. O tym, do czego może doprowadzić niezdrowa zazdrość i stałe porównywanie się do innych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz