sobota, 18 kwietnia 2026

 

Serię "Szklany Tron" Sarah J. Maas zaczęłam czytać (jak się okazuje) niemal rok temu, bo w maju 2025 roku. Pierwszy tom czytałam bardzo długo, robiłam przerwy, a do drugiego wróciłam dopiero w listopadzie i sama seria nie podobała mi się tak jak jej "Dwory", ale muszę przyznać, że z każdą kolejną częścią jest coraz lepiej.

Akcja tomu dzieje się równoległe do akcji tomu wcześniejszego, czyli "Imperium burz" - Chaol wraz z Nesryn wyruszają do miasta Antica, starając się nawiązać sojusz z Kaganem, władcą Południowego Kontynentu, oraz znaleźć sposób na wyleczenie paraliżu Chaola.

Po przeczytaniu "Wieży Świtu" został mi ostatni tom, i naprawdę mam nadzieję, że akcja w nim, wraz z całą wojną, będzie epicka. W końcu Maas przygotowuje nas do tej ostatniej potyczki bardzo długo - i nie mówię tu o czasie, jaki zajęło mi dotarcie do tego momentu (hihi), ale o setkach, a właściwie tysiącach stron zawiązywania akcji.

Sama "Wieża Świtu" bardzo mi się podobała. Autorka potrafi bardzo dobrze budować postacie, pokazać ich motywacje, uwypuklić cechy charakteru, na które chce kłaść nacisk. Niektóre małe twisty są bardzo przewidywalne, czytając o innych z kolei miałam ciarki.

Jednocześnie widać, że jest to pierwsza seria Maas ("Szklany Tron" zaczęła pisać w wieku 16 lat!) i nie do końca jeszcze potrafiła budować napięcie pomiędzy bohaterami, tak dobrze widoczne w "Dworze Cierni i Róż", przez co wszystkie wątki romantyczne są niemal takie same. Widać też, że jej ulubionym motywem jest enemies to lovers; mam wrażenie, że każda z bardziej nakreślonych par wpisuje się właśnie w ten trop, co miejscami sprawia, że fabuła jest przewidywalna.

Może nie znaczy to od razu, że Maas nie potrafi pisać inaczej, tylko faktycznie ten motyw jest jej ulubionym? A może skupiła się na zawiązywaniu akcji i na faktycznej wojnie, nie przejmując się aż tak wątkami romantycznymi i nie poświęcając im tyle uwagi, co w późniejszych seriach? Bo na próżno w całym "Szklanym Tronie" szukać scen rodem z współczesnych książek erotycznych. I dobrze - Maas pokazuje, że to seria nie o tym. To faktycznie fantasy z krwi i kości.

Chciałam jednak skupić się trochę bardziej na samej fabule tego konkretnego tomu. Głównie po to, żeby móc wrócić do wpisu, kiedy będę omawiać go z innymi osobami, które będą czytać "Wieżę Świtu" po mnie, a więc uważajcie: pora na spoilery.

Tak jak wspomniałam, motyw enemies to lovers jest obecny także w tym tomie. Niemal od razu wiadomo, że ta zimna, nienawidząca Adarlanu udrowicielka Yrene zakocha się w Chaolu, a lecząc jego paraliż, uleczy również jego zdruzgotaną, nieszczęśliwą duszę. Mamy wrażenie że od początku można się było też domyślić, że liścik, który Yrene z takim uczuciem ściska w kieszeni jakiegokolwiek elementu ubrania, który akurat nosi, to wiadomość od Aelin - autorka nieraz pokazała, że losy każdej z postaci splatają się ze sobą na wiele sposobów.

I tutaj na przykład podoba mi się wątek Falkana i to, jak okazało się, że jest on prawdopodobnie wujkiem Lysandry. Lubię Lysandrę i cieszę się, że być może czeka ją coś pozytywnego w jej bez wątpienia ciężkim życiu. Co z kolei mi się nie podoba, to wskrzeszenie Chaola i jego połączenie z życiem i mocą Yrene. Nie dość, że kiedy jedno z nich umrze, drugie czeka ten sam los (niemal jak z przepowiedni z Harry'ego Pottera), to jeśli Yrene wyczerpie swoje rezerwy mocy, Chaol na jakiś czas znów zostanie sparaliżowany od pasa w dół... Mogę się mylić, ale wyczuwam kluczowy moment w ostatnim tomie, kiedy to Yrene będzie musiała uleczyć kogoś (a warto pamiętać o tym, że ma ona niecodzienną moc wypędzania Valgów z opętanych ciał), co wyssie do końca jej moc, a w tym samym momencie Chaol będzie gdzieś walczył i w kluczowej chwili na przykład spadnie z konia i zginie, bo bam - Yrene wyczerpała się moc. Połączenie ich niewidoczną nicią wydaje się zabiegiem bezsensownym, który będzie miał kluczowe, wręcz dramatyczne znaczenie później, czuję to!

Podoba mi się za to bardzo wątek Nesryn i Sartaqa. Cieszę się, że Nesryn znalazła w końcu kogoś dla siebie, bo tym kimś na pewno nie był Chaol. Scena, w której Sartaq powiedział, "Kochałem cię, zanim jeszcze cię zobaczyłem" była po prostu piękna, o takie wątki romantyczne nic nie robiłam! Jednocześnie oczywiście cały motyw jeźdźców ruków jest bardzo ciekawy, a ich starcie z wiedźmami będzie na pewno interesujące.

I oczywiście nie zapomnijmy, że Aelin siedzi teraz w skrzyni u Maeve (która jest ukrytą królową Valgów - a to spryciula no, naprawdę!), skuta łańcuchami blokującymi jej moc. Nie zdziwię się, jeśli opęta ją jakiś Valg (a może sama Maeve) i wszyscy będą musieli walczyć też z Aelin, a tylko Yrene będzie mogła ją uzdrowić... Ale może moje wnioski są zbyt daleko idące, nie wiem, tak sobie tylko gdybam, a nigdy tego nie robię - kiedy czytam jakąś serię, zawsze przyjmuję to, co daje nam autor/autorka, nie zastanawiam się nad tym, co będzie. Czy to oznacza, że Maas stała się już tak przewidywalna, że nawet ja domyślam się, co może się stać?

Na końcu chciałam tylko dodać kilka zdań o samym Chaolu. Nie rozumiem, czemu mierzy się z taką nienawiścią ze strony fandomu. Naprawdę nie wiem, ja go lubię chyba od samego początku... Dla mnie jest postacią konsekwentną, autorka bardzo dobrze pokazała jego zmaganie się z samym sobą, kiedy dowiaduje się, kim naprawdę jest Cealena. Trzeba pamiętać, że Chaol wychował się w Adarlanie, tyle lat służył królowi tępiącemu wszelkie przejawy magii, dlatego kiedy dowiaduje się, że jego ukochana to władająca tak wielką magią zaginiona królowa wrogiego kraju, nie można się dziwić, że ma momenty zawahania...

Cały tom podobał mi się właśnie dlatego, że jest on poświęcony Chaolowi i nie ma w nim za grosz Rowana, który w poprzedniej części zaczął działać mi na nerwy swoim zachowaniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz